Self-reg, część 8: Spokój rodzi spokój

Mój przedostatni wpis na temat podwyższonej reaktywności na stres i negatywnego zniekształcenia poznawczego spotkał się z reakcją czytelników, która głęboko mnie poruszyła. Chodzi mi nie tylko o reakcję w ujęciu ilościowym (kilka tysięcy wejść na stronę oraz kilkaset nowych nowych polubień mojego fan page’a na Facebooku w ciągu trzech dni), lecz przede wszystkim o reakcje w postaci komentarzy, postów w grupie “Self-Reg dla rodziców – miłość, łagodność, bliskość, zrozumienie i spokój” oraz prywatnych wiadomości. Wynika z nich, że ten wpis był dla wielu z Was ważny, bo odnaleźliście w nim nadzieję na lepsze relacje z własnym “negatywnym” dzieckiem i czekacie na kolejny post o tym, jak nad tym pracować self-regowo. Pewna znajoma, przeczytawszy jeden szczególnie emocjonalny i piękny komentarz, napisała mi: “Muszę Ci napisać, że bardzo mnie to poruszyło, bo rzeczywiście zmieniasz życia ludzi przez swojego bloga”. Jeśli faktycznie komuś pomagam, to jestem niezmiernie szczęśliwa, bo właśnie ta myśl – że moje doświadczenia, wiedza i przemyślenia mogą pomóc wielu osobom – sprawiła, że zdecydowałam się odsłonić swoją rodzinę i pisać ten blog. Oto obiecany wpis – a raczej jego pierwsza część – o tym, jak pracuję z Dużym, aby obniżyć jego reaktywność na stres, zmienić skanalizowaną reakcję na frustrację w postaci wybuchów złości i agresji oraz zlikwidować negatywne zniekształcenie poznawcze. Rezultaty są bardzo, bardzo obiecujące.

1. Spokój rodzi spokój (ang. calm begets calm)

Przez długi czas za moją rodzicielską porażkę uważałam to, że nie byłam w stanie pomóc Dużemu w lepszej regulacji trudnych emocji. Kiedy mój pierworodny był jeszcze niemowlakiem, przeczytałam sporo “bliskościowych” lektur na temat towarzyszenia dzieciom w ich emocjach. Niemal od początku starałam się być blisko, akceptować jego trudne emocje, nazywać je – a nie zamiatać pod dywan lub zaprzeczać im – oraz pomagać mu w odzyskiwaniu równowagi. Czasami to mi się nie udawało, bo mnie samą ogarniała złość i frustracja, ale jednak najczęściej zachowywałam się jak podręcznikowa bliskościowa mama. Problem polegał na tym, że to “nie działało”: Duży najczęściej nie tylko się nie uspokajał, lecz wręcz nakręcał się coraz bardziej. Jego histerie, a po czwartym roku życia wybuchy złości i agresji wobec młodszego brata były coraz częstsze i intensywniejsze, nie robił też żadnych postępów, jeśli chodzi o umiejętność osiągania spokoju po wybuchu. Coraz częściej opadały mnie wątpliwości, czy bliskościowa droga jest tą właściwą w przypadku tego konkretnego dziecka. Wątpliwości te nasilał chór głosów bliskich mi osób, z Mężem na czele, powtarzających jak mantrę, że Duży wchodzi mi na głowę, że nie zna dyscypliny, że nigdy nie doznał przykrych konsekwencji swoich zachowań, że taki właśnie jest efekt wychowania bez nagród i kar i że robię mu krzywdę, bo prędzej czy później wyjdzie spod mojego klosza i dostanie od życia po dupie. W pewnym momencie uwierzyłam tym osobom i zaczęłam stosować twardy kurs wobec Dużego oraz dałam przyzwolenie na to Mężowi. Efekty były mizerne: czasem huknięcie na Dużego lub zagrożenie mu karą natychmiast kończyło atak szału, ale jednocześnie nasz syn stał się jeszcze bardziej labilny i nieempatyczny i jeszcze bardziej starał się podporządkować sobie rzeczywistość. W dodatku ponad pół roku temu usłyszałam wstępną diagnozę ADHD i informację od psycholożki, że w tej sytuacji niezbędny jest system nagród i kar, a wręcz domowy system żetonowy, żeby dziecko w miarę normalnie funkcjonowało w rodzinie i społeczeństwie. Byłam zdruzgotana, bo to było sprzeczne z moimi wartościami i intuicją. I właśnie wtedy spadła mi z nieba Natalia Fedan z jej kursem “Odstresowany rodzic”, dzięki któremu poznałam podstawy metody self-reg i – jak każdy prawdziwy badacz – zaczęłam od zastosowania jej na sobie.

Przełomowe znaczenie miał moment, w którym dowiedziałam się o rezonansie limbicznym, czyli mechanizmie, który sprawia, że poprzez mowę ciała, bez słów komunikujemy innym ludziom nasze emocje i zarażamy ich nimi. Nagle dotarło do mnie, że u mnie ten mechanizm jest niezwykle silny i w znakomitej większości przypadków – a może nigdy? – nie byłam w stanie zachować autentycznego wewnętrznego spokoju w obliczu ataków złości czy histerii Dużego. Nawet, jeśli wyglądałam na spokojną, było to oparte na samoopanowaniu, a nie samoregulacji. W czasie wybuchów Dużego w najlepszym razie czułam niepokój lub lęk o stan psychiki i przyszłość mojego dziecka (“Co będzie, jeśli on się nie zmieni? Jak znajdzie sobie przyjaciół, jakim będzie partnerem i ojcem?”). Często miałam poczucie bezsilności i porażki rodzicielskiej i zastanawiałam się, w którym momencie popełniłam błąd, a wręcz obwiniałam się o bycie beznadziejną matką. W najgorszym zaś razie zalewała mnie frustracja i złość, że “on znowu mi to robi”, a w głowie kłębiły mi się mniej więcej takie myśli: “To jest koszmar”, “Nie wytrzymam tego kolejny raz”, “Mam dość tego całego macierzyństwa”. Stuart Shanker mówi, że kiedy układ limbiczny jest pobudzony, następuje “limbiczny wyciek” emocji na zewnątrz poprzez język ciała, którego nie jesteśmy w stanie w pełni kontrolować. Na przykład nie potrafimy powstrzymać odruchowej aktywizacji mięśni twarzy “odpowiedzialnych” za wyrażanie złości (co ciekawe, podstawowe emocje, w tym złość, strach czy radość, są odzwierciedlane identycznym wyrazem twarzy we wszystkich rasach i kulturach). Jeśli słowa padające z naszych ust są sprzeczne z językiem naszego ciała – obrazowo mówiąc: jeśli audio nie pokrywa się z video – to druga osoba odczuwa stres. Nic więc dziwnego, że w tej sytuacji nie byłam w stanie uspokoić mojego hiperwrażliwego dziecka!

Uważam, że największy wpływ na przemianę Dużego na lepsze miała moja własna skuteczniejsza samoregulacja oraz odnalezienie autentycznego spokoju pośród burzy dziecięcych emocji. Dzięki kursowi “Odstresowany rodzic” udało mi się skutecznie zredukować mój stres, szczególnie ten w obszarze poznawczym, czyli mało wspierające myśli podobne do tych, które przytoczyłam powyżej (jak tego dokonałam, opowiem wkrótce). To sprawiło, że mam, średnio rzecz biorąc, wyższy poziom energii, niezbędnej do mierzenia się z różnymi stresorami. Największym wyzwaniem było i nadal jest zachowanie spokoju w sytuacji, kiedy mój układ limbiczny jest atakowany złością czy frustracją wylewającą się z układu limbicznego Dużego. Słowo “zachowanie” w sformułowaniu “zachowanie spokoju” ma tu kluczowe znaczenie: jeśli nie jestem spokojna, a Duży wpadnie w złość, nie ma mowy o tym, żebym się tą złością nie zaraziła i jedynym, co mogę zrobić, żeby nie dolewać oliwy do ognia, jest wyjście z pomieszczenia. Kiedy więc widzę, że w obecności dzieci jestem nieprzyjemnie pobudzona, staram się osiągnąć stan spokoju, zanim dojdzie do jakichkolwiek konfliktowych sytuacji.

Stan spokoju najłatwiej mi osiągnąć, kiedy regularnie ładuję baterie, czyli robię coś, co sprawia mi radość. To bardzo indywidualne: coś, co odpręża jedną osobę, dla innej może być stresorem. Warto zastanowić się i spisać na kartce, jakie aktywności wchodzą dla nas w grę. Najlepiej nie być maksymalistą i nie zakładać, że jeśli nie mogę sobie pozwolić na wyjazd na narty, weekend w spa albo przynajmniej kilkugodzinną randkę z partnerem, to nici z regeneracji. Bardzo lubię wymienione tu sposoby regeneracji, ale na nartach i w spa byłam ostatnio odpowiednio w 2010 i 2011 roku, a na randce z mężem – w październiku ubiegłego roku. A jednak umiem się odprężać malutkimi, lecz często (wielokrotnie w ciągu dnia!) podejmowanymi aktywnościami. Kiedy jestem w mieszkaniu z dziećmi, najczęściej wychodzę do łazienki i tam robię coś, co sprawia mi przyjemność: czytam parę stron książki (ale nie poradnika dla rodziców, lecz beletrystyki), wykonuję pozycję psa z głową w dół, włączam na YouTube jeden z ulubionych teledysków i śpiewam albo tańczę razem z wykonawcą, oddycham świadomie, przywołuję w myślach chwile tuż po porodach moich dzieci (to mnie rozczula i rozbraja). Jeśli jesteśmy na dworze, to wystarczy, że popatrzę przez chwilę na zieleń albo chmury, oddychając głęboko; ostatnio na plac zabaw chodzę zawsze z kocem piknikowym, rozkładam go w okolicy zjeżdżalni czy tyrolki, gdzie szaleją starszaki i leżę na nim razem z Malutkim. Pod nieobecność starszaków lubię tańczyć z Malutkim w chuście, leżeć z nogami pionowo na ścianie i czytać, jeździć na rowerku stacjonarnym, rozmawiać przez telefon z mamą, teściową lub przyjaciółką albo przez Messengera z innymi życzliwymi osobami, pić niespiesznie kawę i delektować się kawałkiem dobrej gorzkiej czekolady (kiedy połykam pospiesznie pół tabliczki, nie jest to “akcja regeneracja”, lecz nieadaptacyjna reakcja na stres: gorączkowe poszukiwanie źródła energii w sytuacji kryzysowej).

Oprócz dbania o własną energię, w zachowywaniu spokoju w obliczu emocjonalnego tsunami dziecka pomagają mi: elementarna wiedza z dziedziny mindfulness oraz świadomość tego, jak działa mózg w stanie walki i ucieczki. Trening uważności nauczył mnie, że trudne emocje są jak fala: rosną przez pewien czas, po czym załamują się i wypłaszczają, ustępując miejsca kolejnej fali. Jeśli nic nie zaburzy ich przepływu, to trwają dość krótko. Jeśli natomiast dodamy do nich inne przykre emocje, oceny, obwinianie, zerwanie relacji, to nasilają się i zamieniają w trudny do rozplątania kłębek. Warto więc nie zaburzać tego procesu. Podobne wnioski płyną z wiedzy o stanie walki i ucieczki: skoro wiem, że w momencie wybuchu Duży nie tylko nie jest w stanie w pełni kontrolować tego, co mówi i robi, ale też niekoniecznie docierają do niego moje słowa, to po prostu… powstrzymuję się od robienia czy mówienia czegokolwiek. Nie tłumaczę, nie szukam rozwiązań, nie pocieszam, nie odwracam uwagi. Zamiast tego zamykam dziób i skupiam się na sobie: sprawdzam, czy zaraziłam się trudnymi emocjami. Jeśli jestem spokojna, to siadam blisko Dużego na jego poziomie, patrzę na niego z łagodnością – dosłownie i w przenośni (ang. with soft eyes) – i nazywam emocje, raczej pytając i zgadując, niż stwierdzając (“Chyba jesteś strasznie zły?”). Jeśli natomiast jego pobudzenie rezonuje we mnie, to pozostaję z zamkniętym dziobem aż do momentu, kiedy się uspokoję poprzez świadome oddychanie i techniki wizualizacji, których nauczyłam się na kursie “Odstresowany rodzic”, np. wyobrażanie sobie szklanej kuli, która oddziela mnie od świata zewnętrznego. Czasem czuję, że nie jestem w stanie się uspokoić i wtedy staram się po prostu wyjść z pomieszczenia, upewniwszy się, że wszystkie dzieci są w miarę bezpieczne, czyli na przykład zabierając z zasięgu ich rąk nożyczki i inne ostre przedmioty (zwykle też zabieram Malutkiego, żeby nie oberwał rykoszetem podczas ewentualnej bijatyki starszaków). Staram się powiedzieć dzieciom, że wychodzę, bo jestem zdenerwowana i nie chcę krzyczeć, ale czasem wolę wyjść szybko i bez słowa, bo gad we mnie już kłapie paszczą.

Można by uznać to moje milczenie lub wyjście z pokoju za – o zgrozo – porzucenie dziecka w trudnych emocjach, ale dla mnie to często warunek wsparcia dziecka. Traktuję to trochę jak sytuację spadku ciśnienia w samolocie, kiedy to sensownie jest najpierw założyć maseczkę tlenową sobie, a dopiero potem dziecku. Niestety gad we mnie pasł się i rósł w siłę przez pierwsze 33 lata mojego życia i kuracja odchudzająca, której go poddaję od pięciu lat, osłabiła go wprawdzie, ale nie zabiła. Twardy jest, forfiter, a metodyczna walka z nim kosztuje mnie mnóstwo energii. Kiedy zaczęłam odnosić sukcesy w zachowywaniu spokoju nawet podczas godzinnych wybuchów frustracji Dużego, bardzo często po ich zakończeniu byłam wykończona. Pod koniec takiego ataku mój pierworodny jakby odbijał się ode mnie i wypływał na powierzchnię, natomiast mnie to odbicie pogrążało i czułam się potem, jakby ktoś wyssał ze mnie całą energię.

Zmiana własnej postawy na autentycznie empatyczną była trudna, ale przyniosła bardzo wyraźną poprawę funkcjonowania Dużego. Kiedy już nauczyłam się zachowywać spokój w większości sytuacji, labilność Dużego wyraźnie się zmniejszyła, a wybuchy stały się krótsze i mniej intensywne. Mogłam wtedy wprowadzić aktywne metody uspokajania Dużego i uczyć go samouspokajania, o czym opowiem w następnym wpisie. Co więcej, obdarzony prawdziwą empatią w trudnych chwilach Duży zaczął wreszcie wykazywać empatię dla Małego (jej niemal całkowity brak od dawna mnie niepokoił). Prawdą stało się hasło Stuarta Shankera: “Spójrz na dziecko inaczej, a zobaczysz całkiem inne dziecko”.

I na tym powinnam może zakończyć niniejszy wpis, pozostawiając czytelników w zdumieniu i podziwie dla mojej spektakularnej drogi rozwoju. Nic z tego. Pamiętacie rysunek przedstawiający drogę do sukcesu, według którego większość ludzi wyobraża ją sobie jako strzałkę wznoszącą się do góry, a w rzeczywistości pomiędzy dołem a górą jest jakby poplątany kłębek nici? Tak jest też ze mną i Dużym – moim żywym lustrem. Po okresie wytężonej, ale owocnej pracy oboje jakiś miesiąc temu ześlizgnęliśmy się w dół pod wpływem naszego wspólnego stresora: utrzymującej się przez kilka dni burzowej pogody. Potem znów wróciliśmy na ścieżkę rozwoju. A dziś, po bardzo ekscytującym dla każdego z nas weekendzie, mój gad pokazał, co potrafi. Przebodźcowane starszaki przez pół dnia krzyczały, piszczały, biły się, kopały i szczypały, przebodźcowany Malutki chciał być na rękach, przebodźcowany Mąż był bliski wybuchu, a ja, również przebodźcowana, marzyłam, żeby wszyscy zniknęli. W pewnym momencie nie wytrzymałam i rozdarłam się tak, że nadal boli mnie gardło. Wykrzyczałam starszakom, że są okropni i niewdzięczni, że więcej nie będziemy im fundować weekendowych atrakcji, bo przez to tylko zachowują się gorzej i że nie mam ochoty ich dziś więcej oglądać. Kiedy płakali żałośnie, wcale nie było mi ich żal i dopiero po dłuższym czasie przeprosiłam ich i przytuliłam. Duży bardzo to przeżył, widać przypomniał sobie moje paskudne oblicze i przeraziło go ono…

Wstydzę się teraz i jestem smutna, a jednocześnie mam przekonanie, że po tym upadku podniesiemy się mocniejsi. Kiedy dzieci zasnęły, zastanawiałam się, czy nie odsunąć w czasie o kilka dni publikacji tego wpisu. Przecież nie mogę kreować się na mistrza postępowania z moim trudnym synem i być może wpędzić niektóre czytelniczki w poczucie, że “one tak nie potrafią” ze swoimi trudnymi dziećmi. W końcu jednak postanowiłam, że po prostu Wam się przyznam do dzisiejszego wybuchu, a jutro od nowa będę się starać. Wiecie, że Stuart Shanker też czasem drze się na swoje dziecko? Kimże ja jestem, żeby iść do celu jak po sznurku zamiast kręcić się w kółko, potykać, upadać, gubić drogę… ale jednak zmierzać do celu?

Ciąg dalszy nastąpi.

Tłumaczenie tekstu na zdjęciu: “Bo tylko wtedy możemy pomóc drugiemu odnaleźć spokój, jeśli sami pozostaniemy spokojni i uznajemy interakcję za kojącą dla nas dwojga” (źródło: https://self-reg.brightspace.com)

35 thoughts on “Self-reg, część 8: Spokój rodzi spokój

  1. Dziękuję Ci za ten wpis i za szczerość. Weszłam na tę drogę, mam nadzieję, że będzie lepiej. Odkrycie rezonansu limbicznego również dało mi bardzo dużo.Koniecznie pisz dalej 💟

  2. Czytam z wypiekami na twarzy. Ciesze sie I wzruszam,bo to od niedawna takze moja droga. Dziekuje za Twoja hojnosc I dzielenie sie doswiadczeniem.

  3. U mnie gdy młody ma napady złości (2 latka), bywa uparty i nieposłuszny. jak każdy, tak i on ma gorsze dni. Wtedy staram się być spokojna i opanowana. Gdy i ja podnoszę głos, on robi to również i koło się zamyka. Gdy jednak mówię spokojnie choć stanowczo – reaguje i uspokaja się. Zauważyłam,że moje emocje mają wpływ na niego, więc wolę aby były pozytywne 😀 Nawet wtedy, gdy już jestem bliska wybuchu, staram się opanować liczeniem od 10 w dół. To naprawdę pomaga. 🙂

  4. Jesteście super rodziną mimo wielu trudności i wiem, że zarówno Ty jak i Duży dacie radę i My też damy. Jestem pełna optymizmu i wewnętrznego spokoju odkąd odkryłam Twojego bloga. Duży jest bliźniakiem mojego syna. Pisz i nigdy nie przestawić. Uściski 🙂

    1. Dziękuję za tyle dobrych i uskrzydlających słów! Też jestem optymistycznie nastawiona i trzymam za Was kciuki.

  5. Piękny wpis, gratuluję szczerości i życzę dalszych sukcesów na drodze rozwoju! I aż mi się ciśnie “na usta”: a po burzy przychodzi słońce… Także czekam na następny słoneczny wpis:) I dołączam do grona nieperfekcyjnych rodziców, choć sama również daję innym ‘perfekcyjne’ porady:)

    1. Bardzo dziękuję! Weszłam na stronę Twojego bloga i widzę, że mamy mnóstwo wspólnych tematów do rozmowy. Bardzo mi się podoba wpis o kopytkach. Katarzynę Miller też lubię i cenię.

  6. Ja chcialam tylko dodac, ze Twoje stwierdzenie ze Duzy jest Twoim zywym lustrem-lza splywa mi po policzku. Bo tak samo jest ze mna i moim Duzym. Kiedy w koncu zaszlam w ciaze to bylo jak spelnienie wszelkich pragnien. Mial byc idealny- lepszy ode mnie- idealny. A tu rehabilitacja, trapia SI, problemy emocjonalne, trudne dziecko, podejrzenie o autyzm. Az w koncu zrozumialam ze zdziwieniem, jak bardzo wrazliwy i podobny jest do mnie. Dlatego tak mi trudno. Dziekuje za wpis.

    1. Jak ja Cię rozumiem… Ale wszystko jest po coś. Może dzięki naszym Dużym stajemy się lepszymi ludźmi?

  7. Też mam trójkę, tylko w damskiej wersji.
    U mnie problem że środkową.. jest zazdrosna i strasznie rozdarta – chciałaby być duza, jak starsza siostra i robić to co ona itd., a jednocześnie chciałaby być malutka, jak młodsza siostra.. strasznie się stresuje. Byle co powoduje u niej straszny atak, czasem nie da się go opanować przez długi czas 🙁 chyba jest coraz gorzej eh 🙁 tracę wiarę i siłę..

    1. A w jakim wieku masz córeczki? Mój Mały już tylko na papierze jest lowneedem, też jest w takiej pułapce między starszym i młodszym bratem (szykuję wpis o jego stresie). To dość typowe. Mnie pociesza to, że środkowe dzieci wyrastają na wyjątkowych ludzi, są poszukiwanymi pracownikami, maja wybitne umiejętności społeczne.

  8. Dziękuję za ten wpis i tego bloga, dałaś mi nadzieję, że może nam też się uda. Też mam trójkę tylko, że jednego syna i 2 córki. Syn ma 8 lat i podobny bardzo jest do Dużego. Ma zdiagnozowany Zespól Aspergera. Jesgo wybuchy wściekłości ostatnio mnie przerażają coraz bardziej i traciłam nadzieję. Obwiniam się że to moja wina, że byłam fatalną matką. Również czytałam wiele pozycji bliskościowych, na nic to zdało bo nie umiem mu pomóc. Dałaś mi nadzieje że może jest wyjście, musze tylko dowiedzieć się więcej o self-reg 🙂

    1. Jestem przekonana, że Self-Reg Wam pomoże. Wiesz, że tę metodę opracowano pierwotnie dla dzieci ze spektrum? W dużym badaniu MEHRI stwierdzono, że każde dziecko i każda rodzina funkcjonowała lepiej po terapii opartej na Self-Reg. I błagam, nie wiń się! Łagodne spojrzenie należy się też rodzicowi.

      1. Dzięki za dobre słowo. Już się nie winię, staram się naprawić swoje błędy, choć bardzo jest to ciężkie. Patrząc na jesgo młodsze siostry po prostu widzę jak moje empatyczne do nich podejście zrodziło w nich empatię, również u tej najmłodszej 16 miesięcznej, a u najstarszego tego nie ma, bo jak był taki malutki nie byam empatyczną mamą. Za późno przeczytałam mądre książki, a zamiast słuchać intuicji słuchałam wsłasnej matki. Z tą naszą diagnozą to nie do końca jest ona w 100% pewna, nieraz mam wątiwości jak na niego patrzę. A teraz po lekturze Self-reg jeszcze większe, czy to wszystko nie jest tylko zaburzeniami integracji i jego stresem. Jesteśmy na etapie szukania stresorów, największym, jest mój mąż i jego podejście do syna i z tym nie wiem jak sobie poradzić, bo jak się okazuje jest to też mój stresor…

        1. Jeśli chodzi o męża, to może poziom Twojego stresu obniży informacja, że wystarczy jeden empatyczny, wspierający ważny dorosły w życiu dziecka, aby czuło się ono bezpiecznie. Mnie bardzo ulżyło, kiedy to usłyszałam, bo Duży czasem ostro ścina się ze swoim tatą. Jednocześnie widzę, że kiedy jestem spokojna, to ten mój spokój i łagodne podejście emanuje na Męża. Chyba napiszę post o Self-Reg w małżeństwie/związku partnerskim.

  9. Fantastyczny wpis! Szczerość, która niesie nadzieję. Proszę o więcej takich autentycznych opowieści z pola walki (ze swoim gadem). Bardzo mi to rozjaśniło wizję przyszłości. Wkrótce mojemu 3-latkowi urodzi się siostra i wiem, po prostu WIEM, jak bardzo będę niewyspana, wykończona i rozdrażniona, a przez to okropna dla mojego starszaka, męża i dla siebie samej! Ten wpis pozwolił mi zobaczyć inny wariant przyszłości. Skorzystam z narzędzi opisanych w tekście (oddechu, wizualizacji, szklanej kuli), powymyślam trochę własnych i zacznę już teraz trenować relaksowanie się w obliczu trudnych momentów codzienności. Może postawię sobie nawet takie wyzwanie, w którym zakładam się z samą sobą, jak długo jestem w stanie zachować wewnętrzny spokój i łagodne nastawienie? Zrobię z tego taką prywatną grę. Ja kontra gad 🙂 Niedługo początek przygody przedszkolnej syna, to okazji do gry nie będzie brakować (eh, poranne budzenie, ubieranie i mycie ząbków na czas, nie mogę się doczekać…).
    Dziękuję za inspirację!

    1. A ja dziękuję za tak motywujące słowa. Niedługo opublikuję jeszcze dwa wpisy o walce z gadem, a w dalszej perspektywie planuję serię o rodzeństwie. Powodzenia i dobrego porodu!

  10. Dziękuję Ci za ten wpis. Ostatnio doszłam do tego samego wniosku odnośnie pomocy dziecku w opanowaniu emocji. Moje towarzyszenie dziecku było nieowocne, bo sama byłam spokojna tylko na pozór.

  11. Wzruszyłam się. U nas też trójka chłopaków. I też największy problem z Dużym… Totalna hiperaktywność, nigdy się nie męczy, nie odpoczywa, dowodzi, słowo “ale” to najczęściej słyszane z jego ust, nawet jak mówi cicho to i tak za głośno. W wakacje cała trójka w domu i mam nawrót nerwicy lękowej po wielu latach. Czyżby jakiś związek? Kiedy krzyczy czuje jak mi coś puchnie w głowie, zupełnie nie radzę sobie ze stresem na wielu polach. Kiedy zostaję z dwójką młodszych to się relaksuję, z nim jednym od samego początku byłam w ciągłym napięciu. Ten pierwszy… Ciągłe uczucie, że nie tak miało być. I poczucie winy. Teraz i tak jest lepiej niż gdy miał 2-4 lat. A muszę walczyć o niego wszędzie bo jest odbierany jako niegrzeczny, a ja wiem, że to głębszy problem. Nie stosuję kar i nagród, rozmawiam, jestem obecna, ale się wypaliłam, jestem wrakiem. Nie chcę skończyć na lekach, od czego zacząć pomoc dla siebie w tej sytuacji?

    1. Wyobrażam sobie, jak Ci trudno… Jeśli jesteś wypalonym atakiem, to może rozważywszy pomoc profesjonalisty? Mnie terapia w takim momencie bardzo pomogła. Jeśli to nie wchodzi w grę, to może zacznij ładowanie baterii metodą małych kroczków: codzienne wyolbrzymianie szczęścia (o którym napisałam w poście numer 9 o Self-Reg), sprawianie sobie drobnych przyjemności, dbanie – o ile się da przy trójce dzieci – o dobry sen czy dietę, poszukanie wsparcia w opiece nad dziećmi i pracach domowych. Czy coś z tego, co piszę, przemawia do Ciebie?

      1. Tak, przemawia. To jest bardzo trudna lekcja pokory, staram się wyciągnąć wnioski, niestety złe relacje z mamą nie ułatwiają korzystania z pomocy, a mąż musi wrócić do pracy. Jestem w trakcie badań, które póki co wychodzą dobrze, a przynajmniej raz dziennie mam napad duszności z silnym biciem serca, uczucie jak przed omdleniem. Na terapii jestem od roku, teraz mam przerwę do września, wiem, że to ma sens, ale po każdej sesji zostaję z jakąś otwartą raną na jakiś czas. Czuję, że odbiło się to na moim sercu tak fizycznie… Ale teraz leżąc często w łóżku widzę jak dużo z siebie dawałam, za dużo…

          1. Tak, miałam – kiedy Duży miał 3,5 roku, a Mały nieco ponad rok. Nie pisałam o tym na blogu. Może napiszę w serii o rodzeństwie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *