O bliskości i sensownych zajęciach

Pierwszy szkic tego wpisu powstał w lutym bieżącego roku i od tamtej pory ewoluował. Tego dnia odwiedziła mnie bezdzietna, młodsza ode mnie o parę lat znajoma – powiedzmy, Gosia. Jest pozytywną, mądrą, poukładaną kobietą, która wie, czego chce od życia i konsekwentnie spełnia swoje marzenia, a przy tym pomaga innym ludziom. Ma pięcioro rodzeństwa, wychowała się na wsi w dość skromnych warunkach. Malutki miał wtedy trzy miesiące i wydawało mi się, że jest jeszcze bardziej wymagającym niemowlęciem, niż swego czasu Duży: niemal nie dawało się go odkleić od mojego ciała (lub ciała innego dorosłego). Siedząc na fotelu z niemowlakiem śpiącym w moich objęciach, spytałam ją, czy jej mama też tak godzinami przesiadywała ze swoimi maluchami. Gosia roześmiała się serdecznie i odpowiedziała:
– Nieeeeee, maluchy były karmione, przewijane i odkładane do kołyski, a jeśli płakały dalej, to dostawały smoczek.
– A jeśli nie umiały ssać smoczka?
– Umiały.
– A mama nie nosiła ich w chuście?
– Nie, prawie w ogóle ich nie nosiła. Nie miała na to czasu, w domu i w gospodarstwie było mnóstwo pracy. Czasem starsze dzieci przez chwilę nosiły i kołysały maluchy.

Zamyśliłam się, wspominając, ile wieczorów spędziłam przykuta do łóżka czy fotela z moimi nieakceptującymi smoczka dziećmi przy piersi. Każda próba odebrania im piersi kończyła się rozpaczliwym płaczem czy wręcz histerią. Nigdy nie miałam sumienia pozwolić im płakać samotnie w łóżku. W efekcie przeleżałam tak bądź przesiedziałam większość wieczorów w ciągu 1,5-2 pierwszych lat życia zarówno Dużego, jak i Małego. Poniewczasie dowiedziałam się, że ta ogromna potrzeba ssania przez sen mogła być związana z obniżonym napięciem mięśniowym starszaków w obrębie jamy ustnej. Pod wpływem rozmowy z Gosią zastanowiłam się, co by było, gdyby moje starszaki urodziły się w jej rodzinie. Jej mama absolutnie nie mogła sobie pozwolić na takie przesiadywanie w fotelu. Ona i jej rodzeństwo nie wyglądają jak ofiary kortyzolu zalewającego i niekorzystnie kształtującego mózg niemowląt, na których płacz nikt nie reaguje.

Po chwili pomyślałam o Małym, który od ostatnich tygodni mojej ciąży z Malutkim był bardzo labilny. Będę o tym wkrótce pisać w kontekście tropienia stresorów. Wynikało to po części z jego wieku (nie ma bardziej labilnego stworzenia, niż dziecko w czwartym roku życia!), po części z jego kondycji zdrowotnej (miał silny przerost trzeciego migdała, we wrześniu został ostatecznie zoperowany), a po części z tego, że został starszym bratem. Chwilę przed wizytą Gosi Mały długo krzyczał i płakał, bo podałam mu wodę w zielonym kubku („Mamo, on jest strasznie głupi i OB-LEŚ-NY!!!”), choć jeszcze dzień wcześniej jego motto brzmiało: „Zielony, mój ulubiony”. Spytałam więc Gosię:
– A co twoja mama robiła w sytuacji, kiedy trzylatek wpadał w rozpacz, bo dostał wodę w niewłaściwym kubku?
– Nie przypominam sobie takich sytuacji.
– No dobrze – nie ustępowałam. – A co by zrobiła, gdyby taka sytuacja zaistniała?
– Pewnie by spytała: „Pijesz czy nie pijesz?” i albo dziecko by wypiło, albo zabrałaby kubek. Chyba wszyscy zdawaliśmy sobie z tego sprawę i nie robiliśmy takich scen.
– A nie czułaś się przy tym wszystkim mało ważna? Przecież mama poświęcała ci pewnie bardzo mało czasu sam na sam, jeśli w ogóle. Nie brakowało Ci bliskości?
– Nie. Wiedziałam, że jestem ważna, bo byłam potrzebna. Pomagałam mamie w domu i gospodarstwie, opiekowałam się młodszym rodzeństwem. Poza tym wiedziałam, że mama jest blisko. Jeśli jej nie widziałam, to była w kuchni, w oborze, na polu. Wiedziałam, że zawsze mogę do niej podejść, porozmawiać, przytulić się. Była zajęta od rana do nocy, ale widzieliśmy, ja i moje rodzeństwo, że nie zajmuje się nie wiadomo czym. Robiła same sensowne rzeczy, potrzebne nam wszystkim, na przykład przygotowywała jedzenie. Do głowy by nam nie przyszło, żeby jej w tym przeszkadzać jakimiś awanturami o kubek.

„Robiła same sensowne rzeczy” – wracałam do tego myślami wielokrotnie w ciągu ostatnich miesięcy. Mama Gosi z pewnością nie czytała mądrych książek na temat rozwoju dzieci, bazujących na najnowszych badaniach z dziedzin psychologii i neurobiologii. Nie uczyła się mozolnie, jak należy wspierać dziecko w rozwoju, aby rozwinęło skrzydła. Nie stosowała technik takich, jak odzwierciedlanie uczuć („Kochanie, widzę, że jesteś rozczarowany i zirytowany, bo chciałeś dostać niebieski kubek, a ja ci dałam zielony”), aby dziecko zyskało wgląd we własne emocje. Nie stosowała siedmiu filarów rodzicielstwa bliskości. Jednak BYŁA BLISKO, dostępna, zajęta sensownymi w oczach dziecka zadaniami, gotowa w każdej chwili na kontakt.

Świat popędził naprzód i obecnie wiele zajęć, które rodzice uważają za sensowne, w oczach dzieci przypomina raczej eksperyment z kamienną twarzą Tronicka. Pisałam o nim w poście o negatywnym zniekształceniu poznawczym. Przypomnę, że  matki bawiły się ze swoimi ośmiomiesięcznymi dziećmi i w pewnym momencie na dwie minuty przestawały na nie reagować, co powodowało potężny stres u maluchów. Moja praca zawodowa, a także rozwój osobisty w dużej mierze sprowadzają się do czytania i pisania czegoś przy użyciu laptopa bądź smartfona oraz (coraz rzadziej) – czytania książek i robienia odręcznych notatek. Dla malutkiego dziecka takie zachowanie rodzica jest niezrozumiałe, a wręcz przerażające: mama czy tata wpatrują się z uwagą w coś migającego, nie zauważając swojego synka czy córeczki. Treść rozmowy z Gosią wyjaśnia, dlaczego moje dzieci bawią się zgodnie, kiedy kroję warzywa na zupę lub sortuję pranie, ale natychmiast przybiegają i domagają się w krzykliwy sposób mojej uwagi, kiedy chcę popracować chwilę przy użyciu laptopa. Rozumiem to, a jednocześnie trudno mi jest zrezygnować z tych sensownych dla mnie zajęć: pisania bloga, nauki Self-Reg na kursie MEHRIT Centre, moderowania grupy „Self-Reg dla rodziców” na Facebooku. Dlatego robię to nocami, w przelocie albo nad głową śpiącego Malutkiego. Niestety, ostatnio kosztem snu i zdrowia…

Lubię te moje zajęcia, ale pilnuję, aby nie zdominowały mojego życia rodzinnego. Chcę być nie tylko fizycznie blisko moich dzieci, lecz naprawdę BLISKO, gotowa na kontakt, ciekawa tego, co się dzieje w ich głowach. Czasem przyłapuję się na tym, że tak nie jest i to mnie zawstydza. Czasem czuję się śmiertelnie znudzona kolejną zabawą w policjantów z drogówki. Czasem opędzam się od dzieci, bo chcę w spokoju poczytać książkę, artykuł albo wpis na blogu o rozwoju dziecka albo powspierać obcą osobę na Facebooku. Czy to bardzo źle? Czy moje dzieci widzą matkę z kamienną twarzą, czy po prostu matkę, która czasem chce od nich odpocząć? Od dawna się nad tym zastanawiałam.

Dziś Duży (notabene w krótkiej przerwie od jęczenia) powiedział mi coś, co mnie uskrzydliło i bardzo poruszyło. Zaczął tak:
– Wiesz, mamo, opowiadałem dziś dzieciom w przedszkolu, że Malutki kończy dziś rok, ale nikt nie był zbyt zainteresowany.
– Wiesz, synu – odpowiedziałam – ludzi tak naprawdę najbardziej interesują oni sami. Jeśli będziesz opowiadał o sobie, to niektórzy posłuchają z zainteresowaniem, ale większość nie. Ale jeśli będziesz zadawał ludziom pytania o nich samych, to większości bardzo się spodoba taka rozmowa.
– Ale ty jesteś inna niż większość. Ty jesteś ciekawa ludzi. Zawsze słuchasz uważnie i pytasz, i naprawdę chcesz wiedzieć, jak się czujemy i co u nas słychać.

Czy można usłyszeć coś piękniejszego od własnego dziecka? Chyba moi synowie czują, że chcę być BLISKO. Chcę być blisko nich i duchem, i ciałem: przedwczoraj skończył się mój urlop rodzicielski, ale nie wracam na razie do pracy – choć sensownych zajęć mi nie brakuje…

Zdjęcie wykorzystane w tym wpisie: „Mother and baby pick leafy vegetables in the rural Efate island in Vanuatu” (CC BY-NC-ND 2.0) by Bioversity International

11 thoughts on “O bliskości i sensownych zajęciach

  1. Najlepszości dla Malutkiego!
    Noszenie w chustach to w Polsce nowinka ostatniej dekady najwyżej. Mama mogłaby przytroczyć „Gosię” co najwyżej spowitą w zasłonę okienną 😉 Znasz dorosłe osoby, które były w dzieciństwie noszone, że o to zapytałaś? Pytam z ciekawości. Nie wiem, jak radziła sobie moja mama 30lat temu, mając troje dzieci 0-3 lat, bez samochodu, studiując, podróżując, bez wszystkich udogodnień dzisiejszych… dla mnie chusta, nosidło to podstawa. A i tak byłam uziemiona…wypalona, odseparowana od ludzi, bezradna, z poczuciem winy i głową przepełnioną bliskościowymi teoriami. Paradoksy 😉 Moja córa pięcioletnia ostatnio już bez pardonu zwraca mi uwagę „ty znów w tym telefonie siedzisz, dość już tego!” 🙂

    1. A wiesz, że babcia mojego męża była noszona w czymś przypominającym chustę? To było ponad 80 lat temu na wsi, dlatego spytałam o to „Gosię”. Ja też nie mam pojęcia, jak radziła sobie Twoja mama… może nie wiedziała o kortyzolu zalewającym mózgi płaczących dzieci i była bardziej wyluzowana w obliczu trudnych sytuacji, nie czuła tej presji, którą my czujemy?

      1. Mój tata był noszony w czymś zbliżonym do chusty przez swoją babcię 🙂 Podobno robiła to gdy był bardzo chory i lekarze postawili już na nim krzyżyk. Żyje i ma się nieźle 🙂

  2. Sto lat dla Malutkiego, moja Malutka z 14 listopada 2016, a Starszak z lipca 2013. Czuję że dużo nas łączy. Trafiłam do Ciebie przez fb, zze swoim problemem złosci do dzieci, na dzieci i w ogóle złości. Chyba zazdroszczę na dłużej 🙂 pozdrawiam Ania G.

    1. Och, spóźnione serdeczne życzenia dla Malutkiej! Na temat złości jeszcze będę pisać, a poza tym bardzo polecam Ci live Anity Janeczek-Romanowskiej z 27 listopada w zamkniętej grupie „Mamy poza schematami” (można w każdej chwili dołączyć) – bardzo pięknie wszystko podsumowuje.

  3. Przysięgam, kilka razy dziennie (w trudniejsze dni kilkanaście) przychodzi mi do głowy taka myśl „ach, gdyby tak mieć swoją wewnętrzną Agnieszkę, ona by wiedziała co zrobić”.

    A co do postu, ostatnio też się nad tym zastanawiałam, że ta bliskość oznacza dostępność, że fizycznie mogę być tuż obok a mentalnie o wiele trudniej jest mi tę dostępność ofiarować. Zwłaszcza jak nie mam wzoru, schematu z domu. Słowa Twojego Syna – … pożyczam jako drogowskaz <3
    Pozdrawiam!!!

    1. Ojej, czuję się onieśmielona Twoim pierwszym zdaniem. Zapewniam Cię, że bardzo często nie wiem, co robić. Mam nadzieję, że z mojego bloga nie bije niezmącona pewność co do mojego „jedynie słusznego” podejścia?
      Co do bliskości, to myślę, że mamy mocno zakodowaną zadaniowość, nastawienie na efektywność. Umycie naczyń daje efekt tu i teraz, a przyglądanie się przez 10 minut biedronce – nie…

  4. W końcu mam chwilę na komentarz 🙂 I chciałam spytać – jaki wiek dzieci miała na myśli „Gosia”, mówiąc że nie przyszłoby im do głowy mamie przeszkadzać? Mam na stanie 20mcy i 45mcy. Żadne nie ma oporów w przeszkadzaniu mi kiedy chcę robić coś ważnego – coś z gatunku ugotować obiad, nastawić pranie, sprzątnąć naniesiony na butach piach, itp. Nic związanego z siedzeniem z nosem w komputerze czy książce. Ba, starszy jest osobną historią ze względu na baaardzo mocne zaburzenia IS, ale oporów nie ma też np. przed wybiegnięciem pod koła autna ulicy, co jest już bezpośrednim zagrożeniem życia, w przeciwieństwie do braku obiadu. I też od dawna już moją reakcją na histerię o nie ten kubek jest ” pijesz czy nie?”, a na próby wbiegania na jezdnię jest ciągnięcie za rękę bez oglądania na wrzask i rzucanie się. Ale wnosiłabym z tego, że mama Gosi miała po prostu szzęście, że takie dzieci jej się trafiły, a nie że kiedyś ludzie mieli ważniejsze/bardziej zrozumiałe dla dzieci zajęcia. Moja mama też nieraz wspominała, że sama miała dwójkę dzieci, ale przy moim synu czuje się bezradna i nie wie co robić. Wyraźnie widzi różnicę między swoimi maluchami niegdyś, a moimi dziś. A cierpliwości miała i ma teraz więcej ode mnie 😉 Tylko chusty nie miała, ale teraz na nosidło się skusiła 😉 Dlatego pytam o wiek dzieci w Waszej rozmowie, może starsze już faktycznie będą inaczej reagować. Byłby to okruch nadziei na przyszłość dla mnie 🙂

    1. Nie rozmawiałyśmy o wieku dzieci. Zdaję sobie sprawę, że bardzo wiele zależy od konkretnego dziecka. Na przykład Mały od urodzenia (dosłownie) świetnie zajmował się sobą i zawsze widzi pozytywne strony sytuacji, a przecież jako noworodek nie zdążył jeszcze rozwinąć się W REAKCJI na mój styl wychowawczy. Moje dzieci niestety przeszkadzają w rozmowie. Bardzo. Bardzo bardzo. Cóż…

  5. Wpis dający do myślenia. Zwłaszcza to o kamiennej twarzy przed ekranem…
    A co do „Gosi” i jej dzieciństwa… Myślę sobie też, że w zupełnie innych warunkach wychowywała się 6-ka dzieci na wsi kiedyś, niż Twoja 3-ka w mieście dziś… Po pierwsze była ich cała gromada i starsze zajmowały się młodszymi, po drugie może żyły bliżej wiejskiej społeczności? Tak gdybam oczywiście, ale zmierzam do tego, że ludzi wyewoluowali do życia w stadzie, grupie, gromadzie, a nie rodzinie nuklearnej… Być może ich życie było bardziej zbliżone do tych „naturalnych warunków”? Dla dziecka życie sam na sam z mamą, czy tylko z mamą i tatą, czy tylko z nimi i rodzeństwem, jest zapewne po prostu trudne…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *