Uprzejmie i stanowczo, czyli o Pozytywnej Dyscyplinie

 

Czy wychowanie w duchu rodzicielstwa bliskości daje się pogodzić z dyscypliną? Oczywiście, że nie – odpowiedziałabym jeszcze kilkanaście miesięcy temu. Dyscyplina to przecież rygor, surowe zasady i kary wymierzane za ich nieprzestrzeganie, wstrętna behawiorka łamiąca kształtującą się osobowość małego dziecka. Nigdy nie chciałam, żeby moje dzieci były przede wszystkim posłuszne i w sumie nadal nie jest to istotny cel mojego wychowania (dlaczego, to temat na osobny post).

Odrzucałam pomysł dyscyplinowania dzieci, a one wchodziły mi na głowę. Wiem, to określenie niezgodne z NVC; moje dzieci po prostu zaspokajały swoje potrzeby, stosując dostępne dla nich na danym etapie rozwojowym strategie. Jak zwał, tak zwał. Dzieci zaspokajały swoje potrzeby, a moje potrzeby – zwłaszcza spokoju, porządku i łatwości – były stale niezaspokojone. Gdyby nie mój azyl, czyli praca w banku (praca! pracunia! pracusia!), zwariowałabym chyba. Moi synowie robili tylko to, na co mieli ochotę, a wszystko inne musiałam żmudnie negocjować. Oto typowy dialog z moim wówczas czteroletnim pierworodnym: “Duży, schowaj proszę swoje buty do szafki.” – “Nie mam ochoty.” – “Potykam się o nie i mnie to złości.” – “Przykro mi, że cię to złości. Ale w takim razie sama je schowaj, skoro CIEBIE to złości”. W świetle ortodoksyjnego rodzicielstwa bliskości miał rację. Jednocześnie nie chciałam stale po nim sprzątać ani godzić się na bałagan, dopóki – być może za kilka lat – nie uwewnętrzni potrzeby porządku i nie zacznie z własnej inicjatywy sprzątać po sobie. Myśli, które kłębiły mi się i nadal kłębią w głowie przy okazji takich utarczek zasługują na osobny post. Problem dotyczył nie tylko chowania butów do szafki czy sprzątania po sobie w ogóle, ale też niemal każdej czynności, którą Duży uważał za mniej atrakcyjną od zabawy. Zupełnie niebliskościowo gderałam, podnosiłam głos oraz uciekałam się do szantażu emocjonalnego, a efekty i tak były mizerne.

Kiedy moja frustracja i irytacja sięgały zenitu, usłyszałam o Pozytywnej DyscypliniePrzy pierwszej okazji – podczas kobiecego festiwalu rozwoju osobistego Progressteron – wzięłam udział w warsztacie Joanny Baranowskiej wprowadzającym do tej metody. Asia jest “coachem mam na własnych zasadach”, pomagającym matkom wyjść z domowych pieleszy, oraz edukatorką i promotorką Pozytywnej Dyscypliny. Warsztat odbył się w lodowatym i wietrznym marcowym dniu, a ja wyszłam z niego wewnętrznie rozgrzana, z nadzieją, radością i dobrą energią. Asia jest tak inspirującą i pozytywną osobą, że nadal utrzymuję z nią kontakt i biorę udział w jej rocznym wyzwaniu rozwojowym “Uwolnij moc”. Uczestnicząc w (darmowych) webinariach i obserwując dyskusje w jej grupie na Facebooku, widzę, że pomaga mamom pokonać różne ograniczenia i uwierzyć w siebie. To kawał dobrej roboty i sporych rozmiarów cegiełka zmieniająca świat na lepszy.

Pozytywna Dyscyplina (PD) to metoda wychowawcza oparta jednocześnie na uprzejmości i stanowczości wobec dziecka – złoty środek między nadmierną surowością a zbytnią pobłażliwością. W mojej ocenie to też złoty środek między bliskościową ortodoksją a podejściem behawioralnym. Przez “bliskościową otodoksję” rozumiem demokratyczne wychowanie bez kar, nagród, pochwał i jakiegokolwiek szantażu emocjonalnego. Według jego zwolenników komunikat “będę zła, jeśli nie sprzątniesz butów” wypowiedziany w celu skłonienia dziecka do schowania butów do szafki nie jest ok, bo rodzic w ten sposób manipuluje dzieckiem i obciąża je swoimi emocjami. Z kolei przez behawioryzm rozumiem podejście oparte na systemie świadomie stosowanych wzmocnień, opanowanym do perfekcji i propagowanym przez Supernianię. Behawioryści, jak wskazuje nazwa stosowanego przez nich podejścia, skupiają się na zachowaniu, a nie jego motywach (np. potrzebach i emocjach) i uważają, że każde zachowanie dziecka można zmienić w relatywnie krótkim czasie przy zastosowaniu odpowiednich metod.

Dualizm, o którym piszę, jest odzwierciedlony w nazwie “Pozytywna Dyscyplina”. Słowo “pozytywna” podkreśla aspekt bliskościowy i wiarę w to, że dziecko zachowuje się zawsze najlepiej, jak potrafi. Według PD podstawowym celem dziecka jest przynależeć i czuć się ważnym, a niewłaściwe zachowanie najczęściej wynika z tego, że dziecko tego celu nie osiąga albo uważa, że nie osiąga. To zbliża PD do porozumienia bez przemocy: według jego twórcy Marshalla Rosenberga wzbogacanie życia innych to podstawowa potrzeba każdego człowieka. Natomiast słowo “dyscyplina”, jak wyjaśnia twórczyni PD, amerykańska psycholożka Jane Nelsen, “pochodzi od łacińskich słów disciplus lub disciplini, oznaczających osobę, która podąża za prawdą, zasadami lub nauczycielem” (J. Nelsen, “Pozytywna dyscyplina“, CoJaNaTo, Warszawa 2015, s. 45). Według PD rodzic ma wpływać na zachowanie dziecka przy uwzględnieniu jego potrzeb i emocji. Celem tej metody jest zatem pozyskanie dziecka do współpracy w sposób pełen szacunku i empatii, a jednocześnie skuteczny. Chodzi o to, aby dziecko uwewnętrzniło zasady życia w rodzinie czy innej społeczności – aby postępowało zgodnie z nimi nie ze strachu przed karą, lecz w wyniku działania motywacji wewnętrznej.

No właśnie, zasady: okazało się, że nasze dzieci ich nie przestrzegały z naszej winy. Po warsztacie spytałam Dużego i Małego, jakie zasady obowiązują w naszym domu. Ich milczenie i nicnierozumiejące spojrzenia powiedziały mi, że najzwyczajniej w świecie nie wiedzą, że w domu obowiązują jakieś zasady. My po prostu nigdy z nimi o tym nie rozmawialiśmy. Wydawało mi się, że wystarczy nie bić dziecka i po każdym jego akcie agresji fizycznej zwracać mu uwagę, że ofiarę to bolało, żeby dziecko wiedziało, że nie akceptujemy bicia. Co ciekawe, Duży bez chwili zastanowienia był w stanie wymienić zasady obowiązujące w przedszkolu, gdzie od początku zachowuje się jak chodzący ideał.

Zwołałam więc spotkanie rodzinne (to ważne narzędzie PD) i wspólnie ustaliliśmy zasady, na których opiera się funkcjonowanie naszej rodziny. Sprecyzowaliśmy po prostu to, co my, rodzice, uważaliśmy za oczywistą oczywistość, lecz przekazywaliśmy dzieciom w sposób niesystemowy, od przypadku do przypadku. Na każdą z zasad dzieci się zgodziły. Nie trzeba było nimi manipulować – wystarczyło spytać, co sprawi, że naszej rodzinie będzie się żyło przyjemniej. Dopytaliśmy chłopaków, czy chcą, żebyśmy wszyscy się bili, krzyczeli na siebie, przezywali się albo niszczyli cudzą własność. Teraz w sytuacji naruszenia zasad po prostu pytamy o to, na co się umówiliśmy w danej sprawie. Zasady i pytania to też narzędzia PD. O innych można przeczytać we wspomnianej wyżej książce i na stronie http://pozytywnadyscyplina.pl, a także usłyszeć, oglądając filmy Joanny Baranowskiej dostępne na youtube i na Facebooku (wystarczy wpisać w wyszukiwarkę hasło “Pozytywna Dyscyplina”).

Jak PD ma się do rodzicielskiej złości? Ano tak, że PD pozwala lepiej zrozumieć przyczyny trudnego zachowania dziecka oraz zmniejszyć jego nasilenie. Dzięki temu rodzic ma mniej powodów do złości. Zresztą temat złości zajmuje poczesne miejsce podczas warsztatów i webinariów wprowadzających do PD. Prowadzące wyjaśniają, jak działa mózg małego dziecka, co się dzieje z mózgiem zdenerwowanego rodzica i jak dzięki tej wiedzy osiągnąć lepsze porozumienie. Oczywiście PD nie zawsze działa – ostatnio w ogóle nic nie działa i w nasze życie wkradł się chaos – ale czy jest coś, co działa zawsze i na każdego? W ogólnym rozrachunku kilka drobnych zmian przyniosło spory efekt. Dzięki podstawom PD nasza rodzina nieco lepiej funkcjonuje, a ja uczyniłam kolejny krok na swojej drodze do życia niezatrutego złością.

Niestety zasady to miecz obosieczny: rodzice też muszą się do nich stosować. Biedny Mąż nie może już jadać nawet przekąsek na kanapie przed telewizorem, a biedna ja nie mogę podczas jedzenia czytać, bo małe gady natychmiast zwracają nam uwagę. Ostatnio ze względu na nasze zmęczenie ciągłym hałasem uściśliliśmy zasadę “nie krzyczymy”. Otóż umówiliśmy się, że nie wołamy do siebie z pokoju do pokoju. Jeśli ktoś czegoś chce od osoby znajdującej się w innym pomieszczeniu, to musi się tam udać (zrobi to, jeśli to dla niego wystarczająco ważne – a jeśli nie jest ważne, to tym bardziej nie ma powodu do krzyku). Kto krzyczy, zostanie zignorowany lub wyprowadzony z pomieszczenia, w którym hałasuje. Wyjątki: wołanie rodziców do toalety z prośbą o pomoc i w ogóle wołanie o pomoc w sytuacji, w której ruszenie się z miejsca czymś grozi (zabrudzeniem siebie lub czegoś, zranieniem). Kilka dni temu Mąż zapomniał się i zawołał z kuchni: “Mały, chodź po sok!”. Niespełna trzyipółletni Mały niespiesznie przyszedł do kuchni i oświadczył z godnością: “Złamałeś regułę, tato. Nie krzyczymy. Teraz cię ZINDORUJĘ” – po czym z podniesioną (dosłownie i w przenośni) głową oddalił się w kierunku pokoju dziecięcego. Po chwili wrócił jednak po sok i zastał nas wijących się w konwulsjach ze śmiechu. Życie rodzica bywa straszne, ale bywa też śmieszne.

10 thoughts on “Uprzejmie i stanowczo, czyli o Pozytywnej Dyscyplinie

  1. Staram sie wprowadzac dyscyplinę, być stanowcza i trzymać się swoich ustaleń np.za zle zachowanie nie ma bajki czy ciastka. Nie mowię tu o biciu czy krzykach a o trzymaniu się ustalonych zasad. Jesli ja popełnię bląd-przeproszę synka i zawsze mu tlumaczę. Nie zawsze jest lekko.Nie podoba mi się poblażanie. Ustępstwa prowadzą do tego że dziecko naprawdę wchodzi rodzicom na głowę i wtedy jest problem. Mam znajomych ktorzy mają 2 synów. Nie chcciałabym ich nazwać bachorami jednak to co oni wyprawiają…tragedia.W domu, szkole, na zakupach. Znajoma mi opowiadala że raz w supermarkecie chłopaki -6 i 8 lat.Naładowali słodyczy i gier za ponad 200zl! Nie chciała im kupić to narobili wrzasku, zaczeli wywalać chipsy z polek i dla świetego spokoju wszystko im kupiła! I tak jest za każdym razem.Podobno w szkole też są niezlymi manipulantami.Inni rodzice się na nich skarżą że zabierają rzeczy ich dzieciom.Wychowanie to ciężka sprawa, jednak jak od początku się “za to rodzice nie wezmą”, wtedy będzie tylko gorzej.

    1. Wiesz, nie do końca się odnajduję w tym “wziąć się za dzieci” czy “za złe zachowanie nie ma bajki czy ciastka”…

  2. Cirkawe zasady, nie słyszałam o tej metodzie. Moja córeczka ma dopiero dwa miesiące więc jeszcze trochę czasu minie nim będziemy wprowadzać zasady: na razie wprowadziliśmy stały rytm wieczorno/nocny 😉
    A sytuacja z końca posta konieczna, no ale trzeba pamiętać że to my dajemy przykład dziecko. Więc wymagają od nich przestrzegania zasad powinniśmy sami również się do nich stosować

    1. Dziękuję! Kiedyś, jako matka jednego małego dziecka, byłam dość doktrynalna, ale nie służyło to ani mnie, ani dziecku…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *